niedziela, 3 stycznia 2016

Opowieść szósta - kaczka z jabłkami dla Jacka


Kaczka z jabłkami kojarzy się wielu osobom z kaczką nadziewana jabłkami. Tu niestety nie z nadzieniem ale w jabłkach.

A zaczyna się tak. Przed laty, zwykle koło gwiazdki, otrzymywaliśmy od mamy piękną domową kaczuszkę z wszelkimi dodatkami. Teraz zdarza się czasem taki prezent od siostry. Kaczka oczywiście „odpiórzona”, oczyszczona i w całości. Można by więc zrealizować kaczkę nadziewaną ale jako, że nie było takich tradycji w rodzinie, a więc nie nabyłam doświadczenia, nadziewania nie będzie. A inspiracją do opublikowania tego przepisu były dwa telefony od Jacka z Wysp, a szczególnie telefon drugi w tegoroczną Wigilię. Wigilię spędzaliśmy rodzinnie u siostry, mamy Jacka, na Kujawach. W porze nakrywania wigilijnego stołu Jacek zadzwonił do mamy z pytaniem „jak się robi kaczkę z jabłkami”. Wydaje mi się, że jakiś czas temu zadzwonił do mnie telefon z Wysp i Jacek zapytał „jak się robi kaczkę z jabłkami”. Odpowiedziałam, że robi się różnie, nadziewaną albo w kawałkach a ja mogę powiedzieć jak ja robię kaczkę z jabłkami. Wydaje mi się, że przepis został podany telefonicznie. Albo nie został zrealizowany, albo został zapomniany, albo mi się tylko wydaje. W wigilijnym skrócie podpowiedziałam siostrze jak ja robię kaczkę z jabłkami, co zostało w jeszcze większym skrócie „przekomórkowane” Jackowi. Czy w tym roku telefoniczny przepis został wykorzystany, jeszcze nie wiem. Ale na wszelki wypadek, aby trzeci telefon w sprawie kaczki z jabłkami nie zakłócił ważnych chwil, postanowiłam mój przepis opublikować. Do takiej publikacji potrzebne są ilustracje. A są, i to całkiem świeże z Sylwestra 2015. Przygotowywałam małe spotkanie dla rodziny i przyjaciół. Menu było już ustalone ale robiąc ostatnie zakupy w pobliskim sklepiku mięsnym wzrok mój skierował się na zgrabne, świeże filety z piersi kaczej. Drogie bo drogie ale przecież Sylwester jest tylko raz w roku, kupiłam i menu zostało poszerzone o kaczkę z jabłkami albo kaczkę w jabłkach, jak kto woli. A więc przepis jest, zdjęcia są, pozostaje jeszcze nazwa przepisu. Zazwyczaj moje przepisy otrzymują imię osoby u której jadłam pyszny produkt, przez nią wykonany albo sama wykonałam z przepisu od tej osoby. A tu kłopot, bo przepis zrodził się w mojej kuchni sam. Ale jako, że publikuję go zainspirowana telefonami Jacka, dedykuję mu ten przepis aby w razie potrzeby miał pod ręką czyli w internecie.  
Dodam jeszcze, że sylwestrowa kaczka została przyjęta z zadowoleniem i … poszła w całości. Dodam jeszcze, że sylwestrowe wykonanie było zmodyfikowane smakowo, mierząc do standardu, nutą miodu gryczanego. 

A więc co potrzebujemy:
- patelnia, najlepiej z grubym dnem, aby nie było trzeba stosować dodatkowego tłuszczu
- kaczka (jeżeli w piórkach to odpierzyć i wypatroszyć) lub mięso kacze (tak, około kilograma)
- 2-3 ząbki czosnku
- większa cebulka lub dwie mniejsze
- majeranek (najlepiej z własnego ogrodu)
- szczypta soli
- szczypta pieprzu
- 3-4 średnie jabłka (można więcej)
- 4-6 suszonych śliwek
- łyżeczka miodu (opcjonalnie)
- ciemny sos sojowy (kto akceptuje i toleruje)

Co i jak po kolei.
Jeżeli kaczka cała, to rozebrać oczywiście. Można wykorzystać wszystkie części (nawet wątróbkę ale gotowa szybciej niż inne porcje). Mamy już więc mięso kacze, które kroimy na porcje obiadowe lub mniejsze.   
Patelnię rozgrzewamy dość mocno. Test na patelni ZEPTERA - pstryknąć wodą i jeżeli mamy kulki z wody (niektórzy mówią, że jak rtęć z rozbitego starego termometru - ale uwaga z tym termometrem, to niebezpieczne) to gotowa.
Na gorącą patelnię wyłożyć kawałki kaczki, skórką do dołu i odczekać kilka minut do porządnego zrumienienia.
Zrumienione kawałki wymieszać aby odeszły od dna. Zaczyna wydzielać się sok. Pryskamy odrobiną sosu sojowego (kto akceptuje i toleruje).
Na mięso nakładamy: obrany i drobno pokrojony czosnek, pokrojoną cebulkę.
Solimy i pieprzymy do smaku (kolejność dowolna).
Jabłka obieramy, kroimy w ósemki albo drobniej i przykrywamy mięso.
Posypujemy sporo majeranku.
Można delikatnie poruszyć aby trochę jabłek i majeranku „wpadło” między mięsko.
Pokapać zygzakiem miodem. Położyć po bokach całe suszone śliwki.
Dusić pod przykryciem na małym ogniu 50-60 minut.
W zależności od tego, jakie mamy naczynia, zaglądajmy, bo choć jest zawsze sporo wytopionego tłuszczyku, to woda może odparować. Jak trzeba, podlewamy odrobiną przegotowanej wody.
Kaczka z jabłkami gotowa.
Na obiad podajemy z ziemniakami lub kaszą z dodatkiem buraczków ćwikłowych czy surówek. Wersja sylwestrowa czy na kolację może być z innymi dodatkami.
Smacznego!


Uwaga: kto nie ma patelni z grubym dnem może wykorzystać posiadane naczynia ale trzeba pilnować aby potrawa się nie przypaliła. Można wykorzystać również  naczynie żaroodporne i udusić na płycie lub w piekarniku. W takiej sytuacji zalecałabym najpierw zrumienić skórkę na patelni.

Poniżej noworoczne dodatki, mam nadzieję, że interesujące.




Dodatek 1
Sylwestrowe menu 2015

Na zdjęciu stół przed przyjęciem po wstępnej degustacji dań przez wczesnych i domowych gości.

Przystawki, sałatki
- sałatka tradycyjna warzywna
- sałatka brokułowi z kurczakiem
- jajka z kawiorem, łososiem, szynką na sałacie
- sałatka pikantna z kurczaka na sałacie lodowej
- koreczki: ser, papryka, ser, ogórek
- rolmopsy kaszubskie (kupione) ozdobione papryką i piklami 

Dania na ciepło
- kaczka z jabłkami
- klopsiki wieprzowe w pieczarkach
- karkówka czosnkowa z nutą miodową

Ciasta
- pleśniak wg przepisu od Lidki ( jeszcze tu się pojawi przepis)
- piernik staropolski Kaliny (poproszę o przepis bo był smakowity)
- przekładaniec sernikowo-galaretkowy na zimno

Napoje
- szampan ( o północy oczywista schłodzony na balkonie)
- czerwone wino
- domowe nalewki tudzież prezenty „jegermajster”
- zimnie napoje wg gustu uczestników
- kawa, herbata wg życzenia gości


Dodatek 2
Rodzinne kulinarne talenty

W każdej rodzinie się gotuje. Jedne potrawy wychodzą nam lepiej inne gorzej. Ale zawsze trafia się mistrz kuchni lub choćby jednej potrawy, za którą wszyscy przepadają. Bardzo lubię gdy odwiedzający mnie goście gotują dla mnie to pokazowe danie. Również gdy gotują dla mnie w czasie moich odwiedzin.

Oto moja top lista rodzinna na dziś

Grochówka - Marek
Pączki - ciocia Marysia
Zagraj - Jacek
Ogórkowa - Ania
Jeż - ciocia Gosia
Pizza - Piotr Bo
Żurek - Krysia Bo
Babka - Mary
Makaron ze szpinakiem - Ewa (zasłyszane bo jeszcze nie próbowałam)
Śniadanie angielskie - Piotr G
Szaszłyki - Magda G
Roladki schabowe - Justyna Zg
Śledź z jabłkami - Henia Zg
Rosół z kury - Nadia Po

Jajecznica - ale jaka! - Geniu Pa















Nugetsy z kurczaka - Juras robił najlepsze (takich już nigdy nie będzie) 
Strucla kruchodrozdżowa - ja - nieskromnie :) - jest opowieść


Taka rodzinna restauracja miałaby bardzo ciekawe, obszerne, smaczne menu i zapewne wielu gości.

niedziela, 20 września 2015

Opowieść piąta - ulubione cukiniowe placuszki Marty

Cukiniowe placuszki, które dziś przedstawiam, jeszcze niedawno nie miały imienia. Przygotowywałam i serwowałam je w moim domu od kilku lat w różnych wariantach,  smakach, kolorach. Moje wykonania były aranżowane na podstawie przepisów koleżanek, publikacji w kolorowych czasopismach czy internecie. Cukinia nie występuje jako warzywo mojego dzieciństwa. Pojawiła się u nas kilka lat temu. Pierwotnie podawaliśmy w postaci panierowanych w jaju i tartej bułce krążków, kawałków czy słupków duszonych z innymi warzywami, czy też krążków lub pasków pieczonych w piekarniku lub grillowanych. Wymienione tu potrawy robimy z cukinii młodej małych rozmiarów z miękkimi ziarnami. Najczęściej z cukinii w zielonym kolorze, chociaż duszona bywa też żółta. Za sprawą rodziny moich krewnych uprawiającej cukinie, trafia do mnie czasem spory ich zapas i wówczas robię również przetwory na zimę w postaci sałatek i marynat. Przepisy na te przetwory pochodzą głównie od rodziny i koleżanek ale, jak to u mnie, są to utwory na temat, czyli aranżacja własna. Opowiem o tym może w jednym z zimowych odcinków.

Jak zauważyliście, była dotąd mowa o cukinii młodej. A co zrobić z cukinia dorosłą, gdy pestki już twardsze? W takiej sytuacji cukinię obieram, usuwam środek z pestkami i albo trę na placuszki albo kroję i duszę? A teraz przejdźmy do placuszków.
Pomagając Eli, mamie Marty, przygotowywać posiłki dla Marty walczącej z chorobą i potrzebującej specjalnej diety, zauważyłam, że od kilku dni zdobią parapet piękne, podarowane przez znajomych, ogródkowe zielone cukinie. Trochę dorosłe więc wariant placuszków odpowiedni do ich kondycji oraz diety Marty (mąka gryczana, specjalna sól, specjalny pieprz, specjalny tłuszcz, ekologiczne jajko). Bardzo mnie ucieszyło, że placuszki bardzo Marcie zasmakowały. Na kolejny tydzień była kolejna porcja i pojawią się pewnie następne. Można powiedzieć, że Marta doceniła placuszki i zaakceptowała nowe danie więc zgodzicie się, że zasłużyła aby otrzymały jej imię. A teraz kilka wariantów placuszkowych. Pierwszy ten dla Marty, ale i pierwszy i pozostałe są ogólnodostępne i równie smaczne. Opowiastkę placuszkową zilustruję zdjęciami w wariantach „classic”. Martowych nie fotografowałam. Ponieważ mąka gryczana daje przyciemniony kolor ciasta, więc może nie wyglądają tak pięknie ale smakują równie wybornie.

Placuszki cukiniowe - dieta Marty

- młode cukinie myjemy, obcinamy końcówki i trzemy w całości na tarce w cienkie łezki
- starsze cukinie myjemy, obieramy, kroimy na mniejsze części, wydrążamy miąższ z pestkami i trzemy na tarce w cienkie łezki

- staramy się przygotować ciasto w miarę szybko ale jeżeli cukinia puści dużo soku, to zlewany go
- dodajemy mąkę gryczaną, całe jajo, odrobinę odpowiedniej soli i pieprzu
- smażymy na patelni małe placuszki na małej ilości odpowiedniego tłuszczu, tu był olej kokosowy
- podajemy ciepłe lub przestygnięte, dobre są też odgrzane
- Marta lubi z dodatkiem śmietany




Placuszki cukiniowe - wersja „classic”

Składniki i wykonanie identyczne jak w wersji dietetycznej tylko mąka, jajo, sól pieprz, tłuszcz stosujemy odpowiednie dla osób, dla których placuszki przygotowujemy. Można mieszać kilka rodzajów mąki, np. nieco pszennej, nieco kukurydzianej i nieco gryczanej albo pozostać przy jednym rodzaju. Wielbiciele ziół mogą doprawić placuszki „pod swój smak”. Można dodać zioła świeże, np. listki bazylii albo suszone. Akceptowalne są również placuszki „na pikantno”. Smażymy w małej ilości tłuszczu. Ja najczęściej smażę na oleju kujawskim z Kruszwicy ale inne też są dobre. Cukinia ma swój niepowtarzalny smak więc można na przykład zrezygnować z solenia. W zależności od tego jak dosmakowaliśmy placuszki od środka, można je podać z dodatkami lub bez. Dobrze smakują z jogurtem, sosem tzatziki a nawet z niezbyt słodką konfiturą.

Placuszki cukiniowe - wariant duże oczka


Ten wariant zalecałabym tylko dla młodej cukinii. Nic się nie zmienia, poza tym, że cukinie trzemy na dużych oczkach tarki na duże łezki. Reszta jak wyżej. Niby to samo ale w tym wariancie smakują nieco inaczej. Spróbujcie i oceńcie sami. Inaczej też smakują placuszki gdy cukinie zetrzemy na oczkach ziemniaczanych. Ja preferuję tarcie na łezki ale robiłam już też z zamrożonej cukinii przygotowanej na zupę krem. Placuszki na takiej podstawie pokazałam na ostatnich zdjęciach. Czyli co kto woli - wybór należy do ciebie.

Placuszki cukiniowe z wędliną lub serem

Tu wszystko jak wyżej tylko dodajemy  pokrojoną w kosteczkę wędlinę lub żółty ser. Podane wyżej i niżej przykłady nie wyczerpują oczywiście różnych aranżacji smakowych i wariantowych placuszków na bazie cukinii. Wszystko zależy od naszej inwencji i tego co jest pod ręką a może być tu wykorzystane. Trochę podpowiedzi poniżej.


Placuszki cukiniowe - mix warzywny

Kto eksperymentuje w kuchni domyśli się, że przepis bez zmian, dodajemy tylko potarte inne ulubione warzywa, np. marchewka, seler, rzodkiewki, ... Pamiętajmy tylko, że są to dodatki więc nie powinny „zabić” smaku cukinii. Ale jak ktoś polubi np. przewagę marchewki, to dostanie marchewkowe z cukinią jako dodatkiem. I też dobrze. Byle smacznie i zdrowo.



Tu tylko opowieść jest o cukinii, reszta zależy od fantazji i smaku kucharza. No może jeszcze uwzględniłabym gust i smaki zaproszonych na cukiniowe placuszki gości. Mnie to czeka, gdyż ciocia Marysia zapytała Kalinę „nie jadła Pani u Krysi placków z cukinii?”. Nie jadła, jeszcze nie jadła. Muszę to szybko naprawić. Cukinie tegoroczne jeszcze mam w zapasie. A przy okazji to zdradzę, że ciocia Marysia obiecała ugotować specjalnie dla mnie i Kaliny, jak następnym razem przyjedziemy po plony na działkę, lokalną zupę o nazwie zagraj. Jedliście kiedyś zagraj?  Nie? Musicie to nadrobić. A u cioci Marysi w Mileszewach smakuje najlepiej. Chociaż muszę przyznać, że praktykujący u cioci w tym zakresie Jacek, osiągnął prawie mistrzostwo. Ale prawie robi różnicę, prawda? Nazwa należy się cioci. A więc już zapowiadam temat opowieści „Zagraj czyli wyborna zupa cioci Marysi”.


     

niedziela, 6 września 2015

Opowieść czwarta - rogaliki drożdżowe


Moja rogalikowa opowieść ukazała się w czasopiśmie duzarodzina.pl w lipcu 2014 roku i wówczas miała ukazać się tu na blogu. Jednak, jak to bywa w życiu, czasem coś wpadnie w czarną dziurę i trudno z niej wybrnąć. Tak też się stało z rogalikową opowieścią w jej drodze na bloga. Poniższy tekst powstał z myślą o blogu, jednak został przeze mnie zaproponowany, przyjęty i opublikowany w trzecim numerze duzarodzina.pl. Kiedy niedawno zaproponowałam rodzince w stolicy, że może ugotuję coś na obiad, ku mojemu zaskoczeniu, poprosili o upieczenie rogalików. Zosi bardzo smakowały. A więc niech będą.

Rogaliki, które dziś proponuję są bardzo smaczne, niedrogie, proste w wykonaniu. Zachęcam do wspólnego rodzinnego zagniatania, wałkowania, nadziewania, zwijania, lukrowania a nie tylko konsumpcji. Dzieci bardzo lubią takie zajęcia.  W mojej rodzinie rogaliki według tego przepisu pieczone są wspólnie od ponad 50 lat przez kolejne pokolenia.

Jak zauważycie - przygotowanie ciasta jest bardzo podobne do ciasta struclowego z drugiej opowieści tylko nieco inne składniki. Przepis ma podobny do strucli rodowód. Pochodzi z zeszytów mojej mamy z kursów Koła Gospodyń Wiejskich z lat 60-tych.  Strucla trochę odstraszała koniecznością zaplecenia warkocza stąd rogaliki częściej od niej bywały serwowane w moim rodzinnym domu.
    


Składniki:

1 kg mąki pszennej
4 jaja
1 kostka margaryny (np. palmy)
2 łyżki cukru
1 szklanka gęstej, kwaśnej śmietany
5 dag drożdży
20 dag twardej marmolady

Sposób wykonania:

Drożdże rozmieszać z zimnym mlekiem.
Mąkę, tłuszcz i cukier posiekać jak na ciasto kruche (ja wyrabiam ręką lub wyręczam się robotem). Dodać jajka, śmietanę i rozkruszone drożdże. Zagnieść ciasto aż odejdzie od miski.  Ciasto podzielić na kilka części. Stolnicę lub blat stołu posypać mąką. Wszystkie części rozwałkować kolejno na grubość 3-5 mm. Dobrze jest gdy rozwałkowany placek ma kształt kwadratu. Posmarować marmoladą. Ciasto pokroić na kwadraty o boku 8-10 cm. Na każdy kwadrat w rogu nałożyć porcję marmolady i zwijać rogaliki.
Blaszkę posmarować tłuszczem (np. margaryną) i posypać mąką. Można też piec na papierze do ciasta. Włożyć rogaliki na blaszkę dość luźno. Rogalików będzie około 40, więc pieczenie rozłożymy na 3-4 porcji. Jeżeli mamy więcej blaszek i piekarnik z kilkoma półkami, to można piec jednocześnie kilka blaszek. Ja piekę rogaliki po 1 blaszce.


Pieczenie:
Rozgrzać piekarnik do ok. 200 stopni. Wstawić rogaliki (można piec od razu po zrobieniu).
Piec 25-30 minut na złoty kolor. Upieczone wyjąć z pieca, przełożyć na tackę a na blaszkę włożyć kolejną porcję rogalików i piec tak jak pierwszą.

Wykończenie:
Rogaliki można serwować bez lukrowania ale dzieci (i czasem dorośli też) lubią polukrowane. Można lukrować każdy rogalik oddzielnie albo ułożyć rogaliki obok siebie i polać ciasto białym lukrem nieregularnymi zygzakami, do pozostałego lukru dodać kakao i polać ciasto – też nieregularnymi zygzakami, takie biało-brązowe smugi. Ciasto lukruję jak nieco przestygnie. Zachęcam do komponowania lukru o innych smakach. Kiedyś, przygotowując rogaliki dla całej klasy na szkolną wycieczkę, jako nadzienie zastosowałam drylowane wiśnie z kompotu a sok dodałam do lukru i wyszły różowe rogaliki. Bardzo się spodobały młodzieży.


Inne wskazówki:
Jeżeli ciasto zbyt twarde albo nie skleja się (bo jajka np. mogą być za małe albo „szklanka” mąki nieco większa) to dodać nieco mleka lub trochę więcej kwaśnej śmietany.

Nadzienie:
Zamiast marmolady można pofantazjować i użyć dżem, odsączone owoce z kompotu, świeże owoce (kawałki jabłek, truskawki).

Czas:
Ja ciasto wyrabiam, zagniatam, wałkuję, nadziewam i zwijam rogaliki około 30 minut. Można piekarnik rozgrzać wcześniej i piec kolejne gotowe porcje a w czasie pieczenia nadziewać i zwijać następne. Czyli dodając czas na pieczenie, w godzinę możemy serwować pierwsze rogaliki (jeszcze ciepłe).


Przechowywanie:
Ciasto można przechowywać dość długo, np. w lodówce a czasem nadmiar rogalików też zamrażam.

Zachęcam do rodzinnych wypieków.


sobota, 14 czerwca 2014

Opowieść trzecia - sałatka Betty z sosem Ewy

Dziś sałatka, która trafiła do naszego menu po mojej praktyce na Wyspach w roku 1992. Na Wyspach Brytyjskich oczywiście. Były to czasy gdy z Londynu czy Nottingham można było do Polski zadzwonić z każdej telefonicznej budki a w drugą stronę rozmowy międzynarodowe zamawiało się i czekało. Telefonów komórkowych nie było, a przynajmniej ja nie znałam. Sałatka jest bardzo prosta. Nic nadzwyczajnego powiecie. Przyznam jednak, że wcześniej na moim stole i u moich znajomych warzywa w taki sposób nie były serwowane. Ale powspominajmy.

Przed moim wyjazdem koledzy, którzy odbyli swoje praktyki w Anglii wcześniej narzekali na fatalne ich zdaniem jedzenie. Nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Ale walizkę zapakowałam najpotrzebniejszymi rzeczami innymi niż zapasy produktów spożywczych. Stwierdziłam, że jakoś przetrzymam na angielskim wikcie. Wyjazd był związany z praktyką na uczelni a dodatkowo załatwiono mi, po pierwszej nocy spędzonej w luksusowym hotelu, mieszkanie u rodziny z nauka języka angielskiego poprzez codzienne konwersacje z rodziną, u której zamieszkałam. Konwersacja nie była łatwa. Moja gospodyni o imieniu Betty była z pochodzenia Szkotką. Pierwsze trzy dni bardzo wytężałam moje wszystkie zmysły aby się dogadać. Z jednej strony mój dość słaby angielski, z drugiej zaś wydawało mi się, że moja gospodyni używa tylko dwóch czasowników "take" i "get". Ale po trzech dniach dotarłyśmy się i było ok. W ramach kosztów mieszkania otrzymywałam dwa posiłki. Rano śniadanie ("puk, puk, your breakfast is ready"): kawa, grzanki, trochę masła i dżem. Po południu obiado-kolacja (dinner). Zwykle czekało na mnie danie do podgrzania (sztuka mięsa lub ryba, gotowane warzywa, ziemniaki w różnych postaciach) oraz ogromna micha sałatki Betty bez ograniczeń. Jak się później okazało, to przygotowane danie to był kupiony gotowiec, który po odkryciu tego faktu  przestał mi smakować. Natomiast sałatka Betty do końca praktyki nie znudziła mi się. Jej kompozycję i smak zabrałam ze sobą jako pamiątkę z mojej pierwszej podróży "na Zachód"  i włączyłam do mojej kuchni. Sałatka ta to bardzo kolorowy, apetycznie wyglądający zestaw różnych surowych warzyw z dużą ilością sałaty i słodko-kwaśnym sosem (prawdopodobnie gotowcem) z oliwą lub olejem. W zależności od dostępnych warzyw sałatka zmieniała się z dnia na dzień. Najczęstsze składniki to sałata podobna do lodowej, papryka, pomidory, ogórek, zielona pietruszka, czasem szczypiorek, marchewka, rzepa. Jako dodatki były pestki dyni i ser typu feta albo żółty. Trochę mnie intrygowało skąd na angielskim stole do gotowca taka sałatka. Zagadka wyjaśniła się w najbliższy weekend kiedy to do domu zjechał pracujący w Londynie mąż Betty. Był z pochodzenia Włochem. Ta sałatka to dziś nic zwyczajnego ale dla mnie to była nowość. Lunch jadałam na mieście. Pamiętam, że pierwszego dnia kupiłam "fish and chips" czyli filet rybny, wybrałam z dorsza" w chrupiącym cieście i do tego frytki. Smakowało mi ale było bardzo tłuste. Powtórzyłam następnego dnia ale już nie skonsumowała całej porcji i więcej nie powtarzałam. Ale spodobały mi się serwowane w uczelnianym barze ogromne buły, które krojono na pól i nadziewano przygotowanymi w pojemnikach składnikami. były to wędliny, sery i różne warzywa. Bardzo mi się podobało, że mogłam sama sobie  wybrać składniki.  Inne spostrzeżenia kulinarne to serwowane w barach i pubach mięso w cieście. Nie przypadło mi do gustu. Natomiast podobne do moich gotowców dania w pubach w weekendy kosztowały sporo drożej niż w dni powszednie. Ale do rzeczy.

Sałatka Betty w mojej wersji



Składniki
- sałata lub sałaty różne
- pomidory
- ogórki świeże
- papryka w różnych kolorach
- kukurydza słodka (może być konserwowa) - jak ktoś lubi
- cebula (ładnie komponuje się filetowa)
- rzodkiewka
- kalarepa
- marchewka
- szczypiorek i/lub pietruszka i/lub koperek
Lista długa ale nie przejmujcie się, co mamy, co lubimy to dajemy.
To co niżej to składniki opcjonalnie
- ogórek konserwowy
- suszone morele lub brzoskwinie świeże lub z kompotu (ewentualnie z puszki)
- ser typu feta lub ser żółty
Dodatkowo
- pestki dyni lub słonecznika
- orzechy włoskie

Jak zrobić

Warzywa oczywiście umyć a następnie pokroić lub porwać (sałata). Ciekawie wyglądają warzywa pokrojone w paski ale może być kostka lub kawałki. Wszystko wymieszać. Dodać ser, pestki orzechy. Te składniki można też dać później po dodaniu sosu i zostawić na wierzchu. Jeżeli dodamy ser feta, to można zrezygnować z sosu.

Warzywa można podać z sosem lub tylko z oliwą lub olejem roślinnym. Ale oliwy czy oleju dajemy niewiele.
Sos Ewy zmodyfikowany

Przy babskich pogaduszkach na kursie informatyków Ewa powiedziała, że jej dzieci przepadają za surówkami z kapusty z sosem musztardowym. Zainteresowała się tym, bo ja do surówek z kapusty nie robiłam sosu.

Przepis Ewy była taki:
- łyżeczka musztardy
- łyżeczka cukru
- łyżeczka oleju

Składniki mieszać energicznie a otrzymamy gęsty jednolity sos o ciekawym smaku.
Ja często robię wariant cytrynowy. Albo zamiast musztardy albo obok musztardy dodaje łyżeczkę soku z cytryny. Olej roślinny u nas najczęściej jest kujawski z Kruszwicy. Ale zdarzyło się, że kiedyś nie miałam w domu oleju i dodałam łyżeczkę majonezu. A jak majonez to grudziądzki Ocetix.

Łączymy sos z sałatką

Sosem polewam  sałatkę. Zwykle nie mieszam. Mieszanie następuje podczas nakładania sałatki.
Sosu nigdy nie robię dużo. Najwyżej 1-2 łyżeczki każdego składnika.
 

Sałatka jest bardzo smaczna i zdrowa a swoim wyglądem po prostu zdobi stół i obiad na talerzu. Popatrzcie na poniższe zdjęcie. Do bardzo prostego dania z kurczaka dodana dzisiejsza sałatka.



Inspiracje i modyfikacje

Sałatka może być dodatkiem obiadowym ale również samodzielnym daniem. Wówczas warto dodać ser feta lub żółty.
Na tej bazie można też zrobić sałatkę z kurczakiem lub indykiem.

Wariant drobiowy

Mięso umyć i pokroić w paski. Na patelni rozgrzać odrobinę oleju, wrzucić mięso i przewracając obsmażyć. W zasadzie wystarczy gdy mięso zmieni kolor i nie jest surowe. Mięso odrobinę posolić i popieprzyć. Kawałki  mięsa można wymieszać z warzywami lub położyć na wierzchu i posypać zieleniną lub pokrojonymi kolorowymi warzywami.

Można by podsumować patriotycznie, że sałatka przybyła z "ziemii Włoskiej do Polski" przez Wyspy Brytyjskie.

Zachęcam do tworzenia własnych kompozycji warzywnych. Tanich, zdrowych, łatwych do wykonania.
Pamiętajcie. Składniki bierzemy takie jakie mamy i lubimy. Proporcje dowolne.

Smacznego!

przepisniejednomaimie.blogspot.pl

sobota, 7 czerwca 2014

Opowieść druga - strucla krucho-drożdżowa z zeszytu mojej Mamy

Opowieść druga - strucla krucho-drożdżowa z zeszytu mojej Mamy





A więc, po krótkiej zapowiedzi we wstępniaku mojego bloga, rozpoczynam moje kulinarne opowieści.

Na początek, nie może być inaczej - w roli głównej przepis z zeszytu mojej Mamy. Zależnie od obdarowanej przepisem osoby, mógłby mieć imię od Władki, od cioci czy babci Władzi. Ale imienia nie ma, bo choć tani, smaczny, szybki i łatwy w wykonaniu, za bardzo się nie przyjął. Poza moim rodzinnym domem, ciasto upieczone zaledwie kilka razy, nie spotkałam go na stole gdzie indziej. Przyczyna jest chyba w warkoczu, który wydaje się skomplikowany a tak nie jest.

Mnie właśnie warkocz zaintrygował. Spróbowałam, wykonałam i zabrałam ze sobą w drogę przez życie. Piekę to ciasto od ponad 40 lat co najmniej kilkanaście razy w roku. Przepis więc sprawdzony po wielekroć. Trafił oczywiście do mojego zeszytu a jego stan tamże, jak zobaczycie, potwierdza częste użycie.


A historia strucli sięga lat 60-tych, kiedy to w mojej rodzinnej wsi Mileszewy prężnie działało Koło Gospodyń Wiejskich organizując m. in. kursy gotowania, pieczenia, szycia a także podejmując inne działania. To właśnie od tych kursów zaczęło się zmieniać, praktycznie stałe do tej pory, menu ciast, zup, dań obiadowych, deserów, przystawek, sałatek a i domowych przetworów i to nie tylko od święta ale w codziennym żywieniu rodziny. Ciasto to znają bardzo dobrze moi znajomi. Nie tylko świetnie smakuje ale robi wrażenie. Przekonałam się o tym również wczoraj na proszonym garden party - wstęp za okazaniem sałatki, napoju czy ciasta. Zrobiła wrażenie, oj zrobiła.

Jest przedmiotem mojej dumy. Chociaż w historii rodzinnej znane jest zdarzenie, że pieczona przeze mnie „stale” strucla dla tych samych gości, spowodowała podejrzenie cioci Marysi, że „ty to chyba nic innego nie potrafisz upiec, stale strucla i strucla”. Na moment zapanowała konsternacja ale nie poddałam się. Piekę nadal. Najpierw będzie przepis a dalej, jak to u kucharki-eksperymentatorki, zdradzę wam w jakich wariantach nadzienia struclę podaję i zdradzę wam jak eksperymentuję z ciastem krucho-drożdżowym, które pojawi się w innych moich przepisach.


A więc przedstawiam, oto ona:        


Strucla kruchodrożdżowa (z kursu Koła Gospodyń w Mileszewach - lata 60-te)

Składniki:

4 szklanki mąki
2 jaja
1 kostka margaryny (np. plamy)
2 łyżeczki cukru
5 dkg drożdży
1/2 szklanki mleka
20 dkg twardej marmolady

Sposób wykonania
Drożdże rozmieszać z zimnym mlekiem.
Mąkę, tłuszcz i cukier posiekać jak na ciasto kruche (ja wyrabiam ręką lub wyręczam się robotem). Dodać jajka i drożdże z mlekiem. Zagnieść ciasto aż odejdzie od miski.  Ciasto podzielić na dwie części. Stolnicę lub blat stołu posypać mąką. Jedną część rozwałkować na grubość 3-5 mm. Posmarować marmoladą. Zwinąć w rulon. Rulon przekroić wzdłuż zostawiając z jednej strony fragment złączony. Przepleść warkocz z dwóch pasm ciasta tak aby przecięcie było u góry (paski ciasta i marmolady). Złączyć końcówki obu pasm na końcu warkocza. Mamy już jedną struclę. Podobnie rozwałkować drugą część ciasta i zrobić drugą struclę.
Blaszkę posmarować tłuszczem (np. margaryną) i posypać mąką. Można też piec na papierze do ciasta. Włożyć na blaszkę 2 strucle obok siebie. Widać to na zdjęciu (dwie chude strucelki).


Pieczenie
Rozgrzać piekarnik do ok. 200 stopni. Wstawić ciasto (można piec od razu po zrobieniu).
Piec 30-40 minut w piekarniku o temperaturze 200 stopni na złoty kolor (Zdjęcie po upieczeniu ale przed lukrowaniem).


Wykończenie
Można polukrować, np. na biało i ciemno (lukrem białym polać ciasto nieregularnymi zygzakami, do pozostałego lukru dodać kakao i polać ciasto – też nieregularnymi zygzakami, takie biało-brązowe smugi). Ciasto lukruję jak nieco przestygnie. Moje smugi i zygzaki pokazałam na zdjęciu wejściowym.

Inne wskazówki
Jeżeli ciasto zbyt twarde albo nie skleja się (bo jajka np. mogą być za małe albo „szklanka” mąki nieco większa) to dodać nieco mleka lub kwaśnej śmietany (tak zrobiłam dziś bo miałam małe jajka). 

Nadzienie
Zamiast marmolady można pofantazjować i użyć dżem, mus jabłkowy, dodać np. bakalie, kandyzowaną skórkę pomarańczową

Czas
Ja ciasto wyrabiam, zagniatam, wałkuje, przeplatam około 20 minut.
Czyli dodając czas na pieczenie, w godzinę mamy ciasto.

Przechowywanie
Ciasto można przechowywać dość długo, np. w lodówce a czasem nadmiar tez zamrażam.


Ciasto upieczone, może skonsumowane. Warkocz trochę się nie udał? Nie przejmuj się, u mnie też tak było, ale przecież praktyka czyni mistrza.


Moje improwizacje na temat

Nadzienie

W oryginalnym przepisie jest mowa o twardej marmoladzie. Dawnymi czasy kupowało się taka na wagę odcinaną nożem z wielkiego bloku. W Toruniu można kupić w słoikach marmoladę z unisławskiego Unamelu - idealną do tego celu. Chociaż ostatnio w moim osiedlowym sklepiku nie było. Wyżej podałam już kilka wariantów nadzienia. Ale nie przejmujcie się ani rodzajem ani gęstością. Byleby tylko nie kapało. Ja wykorzystuję marmolady, dżemy, konfitury szczególnie smakują nam te z piwniczki od siostry z Kujaw. Jedno z ostatnich moich zastosowań to odsączone drylowane wiśnie rozłożone na cieście. Popróbujcie.


Makowiec świąteczny

Kiedy znajoma poprosiła mnie o upieczenie świątecznego makowca, którego wcześniej nie piekłam, ruszyłam na poszukiwanie przepisu na ciasto i nadzienie. Nadzienie zrobiłam wg  staropolskiego przepisu. Natomiast proponowane ciasta wydały mi się zbyt czasochłonne w wykonaniu. Piękne makowce upiekłam z ciastem na struclę. Tyle tylko, że nie przeplatałam warkocza tylko zwinęłam w rulon pojedynczy oraz wariant drugi dwa rulony do siebie od brzegu ciasta do środka.


Rogaliki, paszteciki

Z ciasta struclowego piekę czasem rogaliki na słodko a w wariancie słonym paszteciki z różnymi kombinacjami nadzienia (mięso, kapusta z grzybami, warzywa) albo wielki pieróg/rogal z nadzieniem warzywnym albo warzywno-mięsnym.  

Pizza na kruchym cieście na zaraz i na potem

Wersję słoną ciasta struclowego wykorzystuje też jako spód do pizzy na kruchym cieście. Czasem dodaję nieco mniej tłuszczu ale warianty są różne. Porcja ciasta wg przepisu wystarcza na dwa duże spody (ciastowa forma). Zwykle pieczemy z połowy porcji a drugą część mrożę do wykorzystania następnym razem. Wypraktykowałam, że z ciasta po rozmrożeniu wychodzi pizza na spodzie chrupiącym.


Zachęcam do polubienia strucli i zapraszam na następny odcinek


przepisniejednomaimie.blogspot.com

7 czerwiec 2014, sobota, późne popołudnie.


      

sobota, 31 maja 2014

Opowieść pierwsza - przepisy spersonalizowane

Moje przepisy mają imiona, własne nazwy i swoje historie. A więc będzie tu strucla kruchodrożdżowa zapisana w zeszycie mojej mamy na kursie Koła Gospodyń Wiejskich gdzieś w latach 60-tych, z tego źródła będą tez rogaliki i pączki angielskie, będzie ciasto Romana, budyniowiec od Basi, karpatka Teresy, wielkanocna baba pieczona przez Mary, pierniczki od Mirki, zestaw obiadowy Izy, pleśniak od Lidki, murzynek od Pani Marylki, sernik Małgosi, paluszki Pani Krystyny, chlebek od Małgosi z Sokółki Podlaskiej, kwas z buraków według przepisu Maryli, pączki cioci Marysi, sałatka Kaliny z kasztanami, zupa dyniowa Gosi, sałatka Ani z kalafiora, czerwony ryż Jacka i jego wersja według Jurasa, Gosi, tej samej, filety z pieczarkami, kolorowa jajecznica Genia, śledziki Benka, śledziki Heni, parzybroda Arka, chleb marchewkowy Basi2 i jej tort węgierski, ogórki a'la pikle i papryka w zalewie miodowej od drugiej Maryli, sałatka Betty, koktajle Jagi, babcine pierogi, zielone naleśniki, sałatki, desery, przystawki. I dużo, dużo więcej ciekawych pozycji kulinarnych z historią i ich szalonych wariantów w moim wykonaniu. Jak się domyślacie, zbieram przepisy od znajomych, rodziny, z restauracji czy kawiarni. Wszystkie sprawdzone. Smakowały mi więc poprosiłam o przepis lub przepytałam, zanotowała i skopiowałam. Ale  z tym kopiowaniem to nie do końca jest prawda.


Gotowanie, pieczenie, a prawdę powiedziawszy to całe pichcenie, jest dla mnie relaksem. A jak relaks, to pełny luz i wielka improwizacja. W moim wydaniu potrawy mają wiele wariantów i smaków, zależnie od fantazji, humoru, domowego zaopatrzenia, dostępności produktów, czasu a niekiedy i zamówienia. Jestem sąsiadką, koleżanką, znajomą, którą można poprosić o upieczenie ciasta, zrobienia sałatki czy czegoś z mięs. Nie umiem wówczas odmówić, nawet gdy nie mam danej pozycji w repertuarze. Cóż trudnego - przepytuję znajomych, przeglądam zeszyty, szukam na blogach, sprawdzam i dołączam (lub nie) do "oferty". Na pierwszy ogień poznacie historię strucli kruchodrożdżowej. Ale to już w kolejnej opowieści. Zapraszam.