sobota, 29 lutego 2020

Opowieść dziewiąta - pączki angielskie czyli oponki dla Magdy


W moim zeszycie z przepisami powyżej przepisy na rogaliki drożdżowe zanotowałam kiedyś prosty przepis na "pączki angielskie". Chronologia przepisów w zeszycie wskazywałaby na to, ze przepis pochodzi z kursu Koła Gospodyń w Mileszewach w latach 60-tych ubiegłego wieku. 



Nie pamiętam jednak aby w tamtych latach takie pączki były na naszym stole. To może dowodzić, że źródło pochodzenia przepisu jest inne. Początki mojego zeszytu to lata 70-te. Mógł więc trafić do mnie od którejś w koleżanek z OOO (Ogólnouczelniany Ośrodek Obliczeniowy na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, gdzie pracowałam w latach 1977-1988).



Moja bratanica Magda, która mieszka z rodziną w Anglii, jest świetną gospodynią. Niedawno pochwaliła się na fejsie upieczonymi, na okoliczność tłustego czwartku, oponkami. Nie znała ich pod nazwą "pączki angielskie" więc natychmiast to uzupełniłam i na dowód pokazałam moje archiwalne zdjęcie.

Przepis jest niezwykle prosty i łatwy w realizacji.
Zaczynamy od zmielenia twarogu (najlepszy jest półtłusty, taki na wagę, w dużej kostce z Brodnicy). Podobno twarogu mielić nie trzeba ale ja przepuszczam raz przez maszynkę.


Teraz dodajemy wszystkie składniki ciasta i szybko zagniatamy.
Wałkujemy ciasto na grubość około pół centymetra (5 mm) i wykrawamy koła o średnicy tradycyjnej szklanki (moja miała średnicę 6,5 cm) i w nich kółeczka (kieliszkiem - mój miał średnicę 3,5 cm). 



 Obręcze smażymy na "oponki" i kółeczka na małe pączuszki. oczywiście, jak podano w przepisie, na złoty kolor.



Ja smażyłam na oleju rzepakowym. Najchętniej używam Kujawski z Kruszwicy. Oponki urosną w pieczeniu do grubości około 2 cm, więc oleju nie trzeba wlewać do garnka dużo. Olek podgrzewamy i gdy zaczynają iść do góry bąbelki to wrzucamy kawałeczek ciasta albo małego pączusia. Jeżeli szybko ozłoci się od spodu, to wkładamy oponki i pozostałe pączusie w wolne miejsca. Jak zauważymy, że spód jest złoty, to odwracamy na drugą stronę. I mamy gotowe puszyste, delikatne pączki angielskie.
Układamy warstwami na talerzu i na koniec, jeżeli lubimy, posypujemy cukrem pudrem.
Najlepsze są świeże, prawie ciepłe. Następnego dnia tez są dobre ale nieco stężeją i stracą swą puszystość. Ale nadal są smaczne.


Proste, prawda?
Wypróbujcie.
Smacznego.

środa, 9 listopada 2016

Opowieść ósma - zagraj cioci Marysi

Myślę, że każdy z nas ma takie swoje smaki dzieciństwa. Potrawy proste, niewymyślne a smak ich przywołujemy przez lata. Właściwie to nie wiem, jak się to działo, ale wszystkie potrawy mojej mamy miały swój oryginalny smak, chociaż przyprawy stosowano bardzo proste. Czasem warzywa z własnego ogródka a czasem tylko sól, pieprz, listki bobkowe, kubaba, majeranek, cebulka, rzadko czosnek, odrobina octu. I wychodził niesamowity smak. Każda zupa smakowała i pachniała inaczej. Już od progu kuchni chłonęło się zapachy, które pobudzały kubki smakowe. Zdarzało się też, że zmieniał się nasz stosunek do potrawy. Ja na przykład jako dziecko nie znosiłam zupy klopsowej a teraz uwielbiam. Podobnie było z zupą ziemniaczaną czy zagrajem.  


Pomyślałam niedawno „tak bym sobie zjadła zagraju”. Nic prostszego, powiecie, ale jak zobaczycie, nie jest to takie proste. Najlepiej zapowiedzieć wizytę u mistrzyni rodzinnej w zakresie zagraju – cioci Marysi. Kto umie czy próbuje ugotować zagraj przeszedł praktykę u cioci Marysi. Chyba najlepiej dotąd zagraj wychodzi Jackowi.
Smak zagraju cioci Marysi poznali też moi znajomi. Chyba polubili, bo domagają się przepisu. Ale jak tu zdobyć przepis?
Bo poznanie tajników i zdobycie listy składników i ich proporcji nie jest łatwe. „Ile tego boczku ciociu” „A ja nie wiem ile, no tyle żeby wystarczyło, bo jak za mało … ja daję no tak trochę”. To już wiemy. „A mąki do kluseczek ile?” „No tyle ile potrzeba, żeby ciasto nie było za miękkie ani za twarde”. „Acha”
Czyli coś niecoś wiemy i mamy ten klimat. Klimat tu chyba najważniejszy.
A więc składniki są takie (tylko pamiętajcie, wszystkiego tyle ile trzeba, bo nie wyjdzie):
- woda
- sól
- ziemniaki
- kubaba, czyli ziele angielskie (4-5 ziaren)
- listki bobkowe, czyli liście laurowe   (2-3 listki)
- (opcjonalnie) warzywa: marchewka, pietruszka
- mąka pszenna
- boczek, nie chudy i nie tłusty
Garnek najlepiej „polewany” czyli emaliowany. Dlaczego? „Bo taki jest najlepszy”.
Ziemniaki obieramy, kroimy na małe kawałki (można w kostkę ale najlepiej kawałki „urywane”, „u nas się w kostkę nie krajało”), wkładamy do wody, solimy, dodajemy kubabę, bobkowe listki, potarte lub pokrojone w słupki warzywa. Gotujemy na wolnym ogniu do miękkości ale nie rozgotowujemy. 


Zupa wrze a my w tym czasie przygotowujemy boczek do okraszenia. Boczek kroimy w małe słupki i podsmażamy na patelni na złoto. Uwaga – nie przypalić.




Następnie (kolejność można odwrócić) z mąki i ciepłej wody przygotowujemy ciasto na kluseczki. Ciasto musi być dość twarde. Ale pamiętajcie – nie za twarde. Z ciasta kulamy drobne kluseczki. 

 

 Najlepiej w ręku. Popatrzcie na zdjęcie, jak robi to ciocia. Zrobić dobre kluseczki to prawdziwa sztuka. Nie przejmujcie się, jeżeli trochę Wam nie wyjdą. Ciocia ma prawie 80 lat praktyki. Jej, naszym zdaniem, wychodzą zawsze, chociaż sama nie zawsze jest zadowolona.


Jak warzywa w garnku są miękkie, to powoli wrzucamy kluseczki i mieszamy. Gotujemy kilka minut. Jak długo? „No tak aby się ugotowały ale nie rozgotowały, bo będą niedobre”. 



Na koniec okraszamy zupę podsmażonym boczkiem razem z wytopionym z niego tłuszczem. I gotowe.


Próbować już można ale jeszcze uwag kilka historycznych i współczesnych.

Zagraj uchodził w latach 60-tych za zupę biedaków, co to nie mają co do garnka włożyć. Prawda jest taka, że lubili go wszyscy ale nie wszyscy przyznawali się, że gotują i lubią.

 Z lat 60-tych pamiętam wersję bez marchewki i pietruszki. Zamiast boczku kraszono też stopioną słoninką albo podsmażoną na smalcu cebulką.

Zwróćcie też uwagę na to, że gospodyni  jest w fartuszku. Gotowanie bez założonego fartuszka kuchennego było kiedyś nie do pomyślenia. Zwyczaj praktyczny ale trochę zapomniany. Ale nie u nas. Kto zachowuje tradycje lub choćby chroni swoje odzienie używa zapewne fartuszka od cioci Ulki - artystki rodzinnej w tym obszarze. Kto miał szczęście to się załapał na bardzo oryginalny model. Popatrzcie.

Jako dodatek do zupy dodawano zsiadłe mleko, ale takie prawdziwe kładzione łyżką i pływające w zupie. Innym dodatkiem była też kiszona kapusta surowa lub gotowana.
W rodzinie mamy okazję kosztować dwóch wersji. Tradycyjnej u cioci Marysi i wersji lux (więcej warzyw i może czegoś jeszcze), gdy uda się namówić Jacka.
Jeżeli ugotujecie za dużo i zostanie na dzień następny, to kluseczki nieco rozmiękną ale my lubimy i takie.
Prosta zupa zawsze może być bazą dla kulinarnej twórczości. Można stosować różne dodatki i proporcje.

Ale prawdziwy zagraj jest tylko jeden – u cioci Marysi.


Smacznego!


sobota, 6 sierpnia 2016

Opowieść siódma - sakiewki drobiowo-warzywne pochwalone przez Anię


Dzisiejszy obiad a zarazem przepis powstał w wyniku zwykłego lenistwa. Ale nie całkiem. Był również wynikiem rozpoczętych przygotowań wakacyjnych i przeglądu „w głowie” czy znane jest mi danie chorwackie. W kontekście tego myślenia pokazał się obraz sakiewek mięsno-warzywnych serwowanych przed laty w restauracji bałkańskiej czy greckiej w Warszawie na Pradze. A na obiad miały być dziś drobiowo-warzywne szaszłyki. O szaszłykach będzie w przyszłości (bliżej nieokreślonej) a dziś sakiewki. 


Zdjęcia są, nazwa wymyślona, obiad spożyty, danie pochwalone. I to jak. „Taki obiad mógłby być częściej”. To nie jest to samo co pochwała. To pochwała z wyższej półki, godna zapamiętania z czyich ust padła.   A więc mamy sprawdzony przepis, który ma imię. Pasuje „jak ulał” do konwencji tego bloga.
Składniki na dwie osoby:

- pierś z kurczaka (my zadowoliłyśmy się połówką ale z piersi solidnej),
- papryka, najlepiej w kilku kolorach
- 2 cebule
- 10 średnich świeżych pieczarek
- mała albo kawałek większej cukinii
- 4 ząbki czosnku
- szczypta soli
- szczypta pieprzu
- nieco pestek dyni  
- zielony szczypiorek lub natka pietruszki
- inne składniki wg Waszego gustu (ja dodałam kilka paseczków wędliny - aby się nie zmarnowała :) )  

Potrzebujemy jeszcze piekarnik nagrzany do 150 st. Celsjusza, blaszkę (może być standardowa z piekarnika), papier do pieczenia ciasta (z rolki odcinamy dwa kwadraty), zapięcia lub wiązania do sakiewek (ja użyłam małych aluminiowych foremek do wykrawania ciastek).
Przygotowanie:
Pierś z kurczaka myjemy, kroimy najpierw wzdłuż a potem w poprzek włókna na kawałki grubości około 1 cm.
Pieczarki myjemy (szorujemy) i kroimy na duże kawałki.
Paprykę myjemy i kroimy w grube paski. Cukinię w talarki lub połówki. Cebule obieramy i kroimy w grube plastry. Czosnek obieramy i możemy przekroić lub zostawić w ząbkach.
Kwadraty papieru formujemy w miseczki (można włożyć np. do miski czy sitka) i wkładamy kawałki mięsa, posypujemy pieprzem, solą i pestkami dyni. Dodajemy pozostałe warzywa i inne składniki za wyjątkiem szczypiorku lub pietruszki. 


Sakiewki zamykamy u góry tak jak to pokazano na zdjęciu.
Wkładamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy 30-35 minut.
Gdy gotowe, wyjmujemy sakiewki z pieca. Uwaga sos, który zgromadził się w środku jest gorący.


Można podać danie w zamkniętych sakiewkach, w otwartych sakiewkach wyłożonych na talerz lub wyjąć dane z sakiewek i położyć na talerzu. Danie posypujemy zielonym szczypiorkiem lub pietruszką.



Sos można polać na danie albo wykorzystać w inny sposób.
W wydaniu turystycznym można jeść danie bezpośrednio z sakiewek. 
Danie ma łagodny naturalny smak. Kto chce czy potrzebuje, może doprawić sos albo zrobić dodatkowo, tak jak lubi Ania, sos z majonezu, musztardy i keczupu.
Danie można podać na zielonej sałacie z dodatkiem kaszy, ryżu, makaronu lub ziemniaków.


My dziś zjadłyśmy bez dodatków i pochwała dotyczyła tej wersji.

Komponując odpowiednio składniki, można w taki sam sposób  przygotować smaczne danie z filetem z indyka, polędwiczkami wieprzowymi ale i też ryby. Polędwiczki należałoby piec trochę dłużej 40-45 minut a ryby krócej około 20 minut. Można też zastosować inne składniki, zioła, przyprawy.
Dziś u nas była taka prosta, smaczna i chyba zdrowa wersja fit. 
Obiad praktycznie zrobił się sam.
Smacznego.

niedziela, 3 stycznia 2016

Opowieść szósta - kaczka z jabłkami dla Jacka


Kaczka z jabłkami kojarzy się wielu osobom z kaczką nadziewana jabłkami. Tu niestety nie z nadzieniem ale w jabłkach.

A zaczyna się tak. Przed laty, zwykle koło gwiazdki, otrzymywaliśmy od mamy piękną domową kaczuszkę z wszelkimi dodatkami. Teraz zdarza się czasem taki prezent od siostry. Kaczka oczywiście „odpiórzona”, oczyszczona i w całości. Można by więc zrealizować kaczkę nadziewaną ale jako, że nie było takich tradycji w rodzinie, a więc nie nabyłam doświadczenia, nadziewania nie będzie. A inspiracją do opublikowania tego przepisu były dwa telefony od Jacka z Wysp, a szczególnie telefon drugi w tegoroczną Wigilię. Wigilię spędzaliśmy rodzinnie u siostry, mamy Jacka, na Kujawach. W porze nakrywania wigilijnego stołu Jacek zadzwonił do mamy z pytaniem „jak się robi kaczkę z jabłkami”. Wydaje mi się, że jakiś czas temu zadzwonił do mnie telefon z Wysp i Jacek zapytał „jak się robi kaczkę z jabłkami”. Odpowiedziałam, że robi się różnie, nadziewaną albo w kawałkach a ja mogę powiedzieć jak ja robię kaczkę z jabłkami. Wydaje mi się, że przepis został podany telefonicznie. Albo nie został zrealizowany, albo został zapomniany, albo mi się tylko wydaje. W wigilijnym skrócie podpowiedziałam siostrze jak ja robię kaczkę z jabłkami, co zostało w jeszcze większym skrócie „przekomórkowane” Jackowi. Czy w tym roku telefoniczny przepis został wykorzystany, jeszcze nie wiem. Ale na wszelki wypadek, aby trzeci telefon w sprawie kaczki z jabłkami nie zakłócił ważnych chwil, postanowiłam mój przepis opublikować. Do takiej publikacji potrzebne są ilustracje. A są, i to całkiem świeże z Sylwestra 2015. Przygotowywałam małe spotkanie dla rodziny i przyjaciół. Menu było już ustalone ale robiąc ostatnie zakupy w pobliskim sklepiku mięsnym wzrok mój skierował się na zgrabne, świeże filety z piersi kaczej. Drogie bo drogie ale przecież Sylwester jest tylko raz w roku, kupiłam i menu zostało poszerzone o kaczkę z jabłkami albo kaczkę w jabłkach, jak kto woli. A więc przepis jest, zdjęcia są, pozostaje jeszcze nazwa przepisu. Zazwyczaj moje przepisy otrzymują imię osoby u której jadłam pyszny produkt, przez nią wykonany albo sama wykonałam z przepisu od tej osoby. A tu kłopot, bo przepis zrodził się w mojej kuchni sam. Ale jako, że publikuję go zainspirowana telefonami Jacka, dedykuję mu ten przepis aby w razie potrzeby miał pod ręką czyli w internecie.  
Dodam jeszcze, że sylwestrowa kaczka została przyjęta z zadowoleniem i … poszła w całości. Dodam jeszcze, że sylwestrowe wykonanie było zmodyfikowane smakowo, mierząc do standardu, nutą miodu gryczanego. 

A więc co potrzebujemy:
- patelnia, najlepiej z grubym dnem, aby nie było trzeba stosować dodatkowego tłuszczu
- kaczka (jeżeli w piórkach to odpierzyć i wypatroszyć) lub mięso kacze (tak, około kilograma)
- 2-3 ząbki czosnku
- większa cebulka lub dwie mniejsze
- majeranek (najlepiej z własnego ogrodu)
- szczypta soli
- szczypta pieprzu
- 3-4 średnie jabłka (można więcej)
- 4-6 suszonych śliwek
- łyżeczka miodu (opcjonalnie)
- ciemny sos sojowy (kto akceptuje i toleruje)

Co i jak po kolei.
Jeżeli kaczka cała, to rozebrać oczywiście. Można wykorzystać wszystkie części (nawet wątróbkę ale gotowa szybciej niż inne porcje). Mamy już więc mięso kacze, które kroimy na porcje obiadowe lub mniejsze.   
Patelnię rozgrzewamy dość mocno. Test na patelni ZEPTERA - pstryknąć wodą i jeżeli mamy kulki z wody (niektórzy mówią, że jak rtęć z rozbitego starego termometru - ale uwaga z tym termometrem, to niebezpieczne) to gotowa.
Na gorącą patelnię wyłożyć kawałki kaczki, skórką do dołu i odczekać kilka minut do porządnego zrumienienia.
Zrumienione kawałki wymieszać aby odeszły od dna. Zaczyna wydzielać się sok. Pryskamy odrobiną sosu sojowego (kto akceptuje i toleruje).
Na mięso nakładamy: obrany i drobno pokrojony czosnek, pokrojoną cebulkę.
Solimy i pieprzymy do smaku (kolejność dowolna).
Jabłka obieramy, kroimy w ósemki albo drobniej i przykrywamy mięso.
Posypujemy sporo majeranku.
Można delikatnie poruszyć aby trochę jabłek i majeranku „wpadło” między mięsko.
Pokapać zygzakiem miodem. Położyć po bokach całe suszone śliwki.
Dusić pod przykryciem na małym ogniu 50-60 minut.
W zależności od tego, jakie mamy naczynia, zaglądajmy, bo choć jest zawsze sporo wytopionego tłuszczyku, to woda może odparować. Jak trzeba, podlewamy odrobiną przegotowanej wody.
Kaczka z jabłkami gotowa.
Na obiad podajemy z ziemniakami lub kaszą z dodatkiem buraczków ćwikłowych czy surówek. Wersja sylwestrowa czy na kolację może być z innymi dodatkami.
Smacznego!


Uwaga: kto nie ma patelni z grubym dnem może wykorzystać posiadane naczynia ale trzeba pilnować aby potrawa się nie przypaliła. Można wykorzystać również  naczynie żaroodporne i udusić na płycie lub w piekarniku. W takiej sytuacji zalecałabym najpierw zrumienić skórkę na patelni.

Poniżej noworoczne dodatki, mam nadzieję, że interesujące.




Dodatek 1
Sylwestrowe menu 2015

Na zdjęciu stół przed przyjęciem po wstępnej degustacji dań przez wczesnych i domowych gości.

Przystawki, sałatki
- sałatka tradycyjna warzywna
- sałatka brokułowi z kurczakiem
- jajka z kawiorem, łososiem, szynką na sałacie
- sałatka pikantna z kurczaka na sałacie lodowej
- koreczki: ser, papryka, ser, ogórek
- rolmopsy kaszubskie (kupione) ozdobione papryką i piklami 

Dania na ciepło
- kaczka z jabłkami
- klopsiki wieprzowe w pieczarkach
- karkówka czosnkowa z nutą miodową

Ciasta
- pleśniak wg przepisu od Lidki ( jeszcze tu się pojawi przepis)
- piernik staropolski Kaliny (poproszę o przepis bo był smakowity)
- przekładaniec sernikowo-galaretkowy na zimno

Napoje
- szampan ( o północy oczywista schłodzony na balkonie)
- czerwone wino
- domowe nalewki tudzież prezenty „jegermajster”
- zimnie napoje wg gustu uczestników
- kawa, herbata wg życzenia gości


Dodatek 2
Rodzinne kulinarne talenty

W każdej rodzinie się gotuje. Jedne potrawy wychodzą nam lepiej inne gorzej. Ale zawsze trafia się mistrz kuchni lub choćby jednej potrawy, za którą wszyscy przepadają. Bardzo lubię gdy odwiedzający mnie goście gotują dla mnie to pokazowe danie. Również gdy gotują dla mnie w czasie moich odwiedzin.

Oto moja top lista rodzinna na dziś

Grochówka - Marek
Pączki - ciocia Marysia
Zagraj - Jacek
Ogórkowa - Ania
Jeż - ciocia Gosia
Pizza - Piotr Bo
Żurek - Krysia Bo
Babka - Mary
Makaron ze szpinakiem - Ewa (zasłyszane bo jeszcze nie próbowałam)
Śniadanie angielskie - Piotr G
Szaszłyki - Magda G
Roladki schabowe - Justyna Zg
Śledź z jabłkami - Henia Zg
Rosół z kury - Nadia Po

Jajecznica - ale jaka! - Geniu Pa















Nugetsy z kurczaka - Juras robił najlepsze (takich już nigdy nie będzie) 
Strucla kruchodrozdżowa - ja - nieskromnie :) - jest opowieść


Taka rodzinna restauracja miałaby bardzo ciekawe, obszerne, smaczne menu i zapewne wielu gości.

niedziela, 20 września 2015

Opowieść piąta - ulubione cukiniowe placuszki Marty

Cukiniowe placuszki, które dziś przedstawiam, jeszcze niedawno nie miały imienia. Przygotowywałam i serwowałam je w moim domu od kilku lat w różnych wariantach,  smakach, kolorach. Moje wykonania były aranżowane na podstawie przepisów koleżanek, publikacji w kolorowych czasopismach czy internecie. Cukinia nie występuje jako warzywo mojego dzieciństwa. Pojawiła się u nas kilka lat temu. Pierwotnie podawaliśmy w postaci panierowanych w jaju i tartej bułce krążków, kawałków czy słupków duszonych z innymi warzywami, czy też krążków lub pasków pieczonych w piekarniku lub grillowanych. Wymienione tu potrawy robimy z cukinii młodej małych rozmiarów z miękkimi ziarnami. Najczęściej z cukinii w zielonym kolorze, chociaż duszona bywa też żółta. Za sprawą rodziny moich krewnych uprawiającej cukinie, trafia do mnie czasem spory ich zapas i wówczas robię również przetwory na zimę w postaci sałatek i marynat. Przepisy na te przetwory pochodzą głównie od rodziny i koleżanek ale, jak to u mnie, są to utwory na temat, czyli aranżacja własna. Opowiem o tym może w jednym z zimowych odcinków.

Jak zauważyliście, była dotąd mowa o cukinii młodej. A co zrobić z cukinia dorosłą, gdy pestki już twardsze? W takiej sytuacji cukinię obieram, usuwam środek z pestkami i albo trę na placuszki albo kroję i duszę? A teraz przejdźmy do placuszków.
Pomagając Eli, mamie Marty, przygotowywać posiłki dla Marty walczącej z chorobą i potrzebującej specjalnej diety, zauważyłam, że od kilku dni zdobią parapet piękne, podarowane przez znajomych, ogródkowe zielone cukinie. Trochę dorosłe więc wariant placuszków odpowiedni do ich kondycji oraz diety Marty (mąka gryczana, specjalna sól, specjalny pieprz, specjalny tłuszcz, ekologiczne jajko). Bardzo mnie ucieszyło, że placuszki bardzo Marcie zasmakowały. Na kolejny tydzień była kolejna porcja i pojawią się pewnie następne. Można powiedzieć, że Marta doceniła placuszki i zaakceptowała nowe danie więc zgodzicie się, że zasłużyła aby otrzymały jej imię. A teraz kilka wariantów placuszkowych. Pierwszy ten dla Marty, ale i pierwszy i pozostałe są ogólnodostępne i równie smaczne. Opowiastkę placuszkową zilustruję zdjęciami w wariantach „classic”. Martowych nie fotografowałam. Ponieważ mąka gryczana daje przyciemniony kolor ciasta, więc może nie wyglądają tak pięknie ale smakują równie wybornie.

Placuszki cukiniowe - dieta Marty

- młode cukinie myjemy, obcinamy końcówki i trzemy w całości na tarce w cienkie łezki
- starsze cukinie myjemy, obieramy, kroimy na mniejsze części, wydrążamy miąższ z pestkami i trzemy na tarce w cienkie łezki

- staramy się przygotować ciasto w miarę szybko ale jeżeli cukinia puści dużo soku, to zlewany go
- dodajemy mąkę gryczaną, całe jajo, odrobinę odpowiedniej soli i pieprzu
- smażymy na patelni małe placuszki na małej ilości odpowiedniego tłuszczu, tu był olej kokosowy
- podajemy ciepłe lub przestygnięte, dobre są też odgrzane
- Marta lubi z dodatkiem śmietany




Placuszki cukiniowe - wersja „classic”

Składniki i wykonanie identyczne jak w wersji dietetycznej tylko mąka, jajo, sól pieprz, tłuszcz stosujemy odpowiednie dla osób, dla których placuszki przygotowujemy. Można mieszać kilka rodzajów mąki, np. nieco pszennej, nieco kukurydzianej i nieco gryczanej albo pozostać przy jednym rodzaju. Wielbiciele ziół mogą doprawić placuszki „pod swój smak”. Można dodać zioła świeże, np. listki bazylii albo suszone. Akceptowalne są również placuszki „na pikantno”. Smażymy w małej ilości tłuszczu. Ja najczęściej smażę na oleju kujawskim z Kruszwicy ale inne też są dobre. Cukinia ma swój niepowtarzalny smak więc można na przykład zrezygnować z solenia. W zależności od tego jak dosmakowaliśmy placuszki od środka, można je podać z dodatkami lub bez. Dobrze smakują z jogurtem, sosem tzatziki a nawet z niezbyt słodką konfiturą.

Placuszki cukiniowe - wariant duże oczka


Ten wariant zalecałabym tylko dla młodej cukinii. Nic się nie zmienia, poza tym, że cukinie trzemy na dużych oczkach tarki na duże łezki. Reszta jak wyżej. Niby to samo ale w tym wariancie smakują nieco inaczej. Spróbujcie i oceńcie sami. Inaczej też smakują placuszki gdy cukinie zetrzemy na oczkach ziemniaczanych. Ja preferuję tarcie na łezki ale robiłam już też z zamrożonej cukinii przygotowanej na zupę krem. Placuszki na takiej podstawie pokazałam na ostatnich zdjęciach. Czyli co kto woli - wybór należy do ciebie.

Placuszki cukiniowe z wędliną lub serem

Tu wszystko jak wyżej tylko dodajemy  pokrojoną w kosteczkę wędlinę lub żółty ser. Podane wyżej i niżej przykłady nie wyczerpują oczywiście różnych aranżacji smakowych i wariantowych placuszków na bazie cukinii. Wszystko zależy od naszej inwencji i tego co jest pod ręką a może być tu wykorzystane. Trochę podpowiedzi poniżej.


Placuszki cukiniowe - mix warzywny

Kto eksperymentuje w kuchni domyśli się, że przepis bez zmian, dodajemy tylko potarte inne ulubione warzywa, np. marchewka, seler, rzodkiewki, ... Pamiętajmy tylko, że są to dodatki więc nie powinny „zabić” smaku cukinii. Ale jak ktoś polubi np. przewagę marchewki, to dostanie marchewkowe z cukinią jako dodatkiem. I też dobrze. Byle smacznie i zdrowo.



Tu tylko opowieść jest o cukinii, reszta zależy od fantazji i smaku kucharza. No może jeszcze uwzględniłabym gust i smaki zaproszonych na cukiniowe placuszki gości. Mnie to czeka, gdyż ciocia Marysia zapytała Kalinę „nie jadła Pani u Krysi placków z cukinii?”. Nie jadła, jeszcze nie jadła. Muszę to szybko naprawić. Cukinie tegoroczne jeszcze mam w zapasie. A przy okazji to zdradzę, że ciocia Marysia obiecała ugotować specjalnie dla mnie i Kaliny, jak następnym razem przyjedziemy po plony na działkę, lokalną zupę o nazwie zagraj. Jedliście kiedyś zagraj?  Nie? Musicie to nadrobić. A u cioci Marysi w Mileszewach smakuje najlepiej. Chociaż muszę przyznać, że praktykujący u cioci w tym zakresie Jacek, osiągnął prawie mistrzostwo. Ale prawie robi różnicę, prawda? Nazwa należy się cioci. A więc już zapowiadam temat opowieści „Zagraj czyli wyborna zupa cioci Marysi”.


     

niedziela, 6 września 2015

Opowieść czwarta - rogaliki drożdżowe


Moja rogalikowa opowieść ukazała się w czasopiśmie duzarodzina.pl w lipcu 2014 roku i wówczas miała ukazać się tu na blogu. Jednak, jak to bywa w życiu, czasem coś wpadnie w czarną dziurę i trudno z niej wybrnąć. Tak też się stało z rogalikową opowieścią w jej drodze na bloga. Poniższy tekst powstał z myślą o blogu, jednak został przeze mnie zaproponowany, przyjęty i opublikowany w trzecim numerze duzarodzina.pl. Kiedy niedawno zaproponowałam rodzince w stolicy, że może ugotuję coś na obiad, ku mojemu zaskoczeniu, poprosili o upieczenie rogalików. Zosi bardzo smakowały. A więc niech będą.

Rogaliki, które dziś proponuję są bardzo smaczne, niedrogie, proste w wykonaniu. Zachęcam do wspólnego rodzinnego zagniatania, wałkowania, nadziewania, zwijania, lukrowania a nie tylko konsumpcji. Dzieci bardzo lubią takie zajęcia.  W mojej rodzinie rogaliki według tego przepisu pieczone są wspólnie od ponad 50 lat przez kolejne pokolenia.

Jak zauważycie - przygotowanie ciasta jest bardzo podobne do ciasta struclowego z drugiej opowieści tylko nieco inne składniki. Przepis ma podobny do strucli rodowód. Pochodzi z zeszytów mojej mamy z kursów Koła Gospodyń Wiejskich z lat 60-tych.  Strucla trochę odstraszała koniecznością zaplecenia warkocza stąd rogaliki częściej od niej bywały serwowane w moim rodzinnym domu.
    


Składniki:

1 kg mąki pszennej
4 jaja
1 kostka margaryny (np. palmy)
2 łyżki cukru
1 szklanka gęstej, kwaśnej śmietany
5 dag drożdży
20 dag twardej marmolady

Sposób wykonania:

Drożdże rozmieszać z zimnym mlekiem.
Mąkę, tłuszcz i cukier posiekać jak na ciasto kruche (ja wyrabiam ręką lub wyręczam się robotem). Dodać jajka, śmietanę i rozkruszone drożdże. Zagnieść ciasto aż odejdzie od miski.  Ciasto podzielić na kilka części. Stolnicę lub blat stołu posypać mąką. Wszystkie części rozwałkować kolejno na grubość 3-5 mm. Dobrze jest gdy rozwałkowany placek ma kształt kwadratu. Posmarować marmoladą. Ciasto pokroić na kwadraty o boku 8-10 cm. Na każdy kwadrat w rogu nałożyć porcję marmolady i zwijać rogaliki.
Blaszkę posmarować tłuszczem (np. margaryną) i posypać mąką. Można też piec na papierze do ciasta. Włożyć rogaliki na blaszkę dość luźno. Rogalików będzie około 40, więc pieczenie rozłożymy na 3-4 porcji. Jeżeli mamy więcej blaszek i piekarnik z kilkoma półkami, to można piec jednocześnie kilka blaszek. Ja piekę rogaliki po 1 blaszce.


Pieczenie:
Rozgrzać piekarnik do ok. 200 stopni. Wstawić rogaliki (można piec od razu po zrobieniu).
Piec 25-30 minut na złoty kolor. Upieczone wyjąć z pieca, przełożyć na tackę a na blaszkę włożyć kolejną porcję rogalików i piec tak jak pierwszą.

Wykończenie:
Rogaliki można serwować bez lukrowania ale dzieci (i czasem dorośli też) lubią polukrowane. Można lukrować każdy rogalik oddzielnie albo ułożyć rogaliki obok siebie i polać ciasto białym lukrem nieregularnymi zygzakami, do pozostałego lukru dodać kakao i polać ciasto – też nieregularnymi zygzakami, takie biało-brązowe smugi. Ciasto lukruję jak nieco przestygnie. Zachęcam do komponowania lukru o innych smakach. Kiedyś, przygotowując rogaliki dla całej klasy na szkolną wycieczkę, jako nadzienie zastosowałam drylowane wiśnie z kompotu a sok dodałam do lukru i wyszły różowe rogaliki. Bardzo się spodobały młodzieży.


Inne wskazówki:
Jeżeli ciasto zbyt twarde albo nie skleja się (bo jajka np. mogą być za małe albo „szklanka” mąki nieco większa) to dodać nieco mleka lub trochę więcej kwaśnej śmietany.

Nadzienie:
Zamiast marmolady można pofantazjować i użyć dżem, odsączone owoce z kompotu, świeże owoce (kawałki jabłek, truskawki).

Czas:
Ja ciasto wyrabiam, zagniatam, wałkuję, nadziewam i zwijam rogaliki około 30 minut. Można piekarnik rozgrzać wcześniej i piec kolejne gotowe porcje a w czasie pieczenia nadziewać i zwijać następne. Czyli dodając czas na pieczenie, w godzinę możemy serwować pierwsze rogaliki (jeszcze ciepłe).


Przechowywanie:
Ciasto można przechowywać dość długo, np. w lodówce a czasem nadmiar rogalików też zamrażam.

Zachęcam do rodzinnych wypieków.